Kongres ASSITEJ
Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 

 

30.05.2014

Polacy z Santa Rosa

Jeśli nie powiesz, kto będzie wiedział? przygotowany przez Narodowy Instytutu Sztuk Pięknych w Meksyku w kooperacji z Teatrem Baj to z pewnością najważniejszy spektakl tej edycji korczakowskiego festiwalu, który udało mi się zobaczyć. Literatura faktu dla dorastających dzieci, mówiąca wprost, ale z wyczuciem o czasach stalinowskich, o represjach wobec Polaków, wygnaniu na Syberię. Opowieść niezwykle mocna, dosłowna, gorzka, głęboko poruszająca i choć pełna strachu, głodu, przepełniona też nadzieją i miłością. Walka o przeżycie na Syberii, a po niej długa droga przesiedleńcza przez barwną Turcję, pachnące Indie, gorącą Australię, aż do rozśpiewanego Meksyku jest tłem dla opowieści o rozdzielonym z matką rodzeństwie, które w osamotnieniu i tęsknocie, próbuje przeżyć podczas tej nieplanowanej, fatalnej podróży życia. Proste a silnie działające na imaginację rozwiązanie scenograficzne, w powiązaniu z projekcjami multimedialnymi, spełnia swoje zadanie, dając przejmująco realistyczne złudzenie bycia niemym świadkiem historii. Gdy na scenę wkracza śmierć, w obrazach tak dobrze nam znanych z filmów dokumentalnych, wspaniale odnajdują się lalki, które odarły te momenty z dosłowności, nie odbierając wymowy. W spektaklu grają artyści pochodzenia polskiego i z Meksyku, bardzo ciekawym zabiegiem, okazał się pomysł, by używali swych rodzimych języków. Aktorzy prowadzą dialogi w różnych językach z taką swobodą, jakby mówili swoje kwestie w jednym. Bariera języka została zignorowana, zdeprecjonowana, bo język nie jest wyłącznie dowodem na pochodzenie, ale też sygnałem na adres zamieszkania. Polskie dzieci, mali przesiedleńcy, również musiały oswoić obcy język kraju, który je przyjął, musiały nauczyć się z nim funkcjonować w mieście, w którym znalazły swój dom, w Santa Rosa. Nas nie postawiono przed tym trudnym zadaniem, spektakl dla pełnego odbioru, tłumaczony był na język polski i angielski. Przejmująca, pobudzająca wyobraźnię, zmuszająca do refleksji lekcja historii, bardzo potrzebna, niezwykle ważna i wzruszająca.

Zuzanna Talar

JEŚLI NIE POWIESZ, KTO BĘDZIE WIEDZIAŁ?
Narodowy Instytutu Sztuk Pięknych (Meksyk)/Teatr Baj
autor: Berta Hiriart
reżyseria: Ewa Piotrowska
scenografia: Edyta Rzewuska
muzyka: Gonzalo Macias
producent: Marisa Giménez Cacho  
producent wykonawczy: David Castillo
asystent producenta: Karina de la Cruz
asystent reżysera: Fernando Reyes
wykonanie lalek: Iker Vicente
obsada: Tania Olhovich, Sofia Sylwin, Rodolfo Guerrero, Pablo Martin

 

30.05.2014

Głodny

Maas Theater an Dans z Holandii w przedostatnim dniu korczakowskiego Festiwalu pokazał nam jeden z trzech aktów długiej, snutej przez starożytnych Greków opowieści. Artyści wzięli na warsztat trzy mity, o chciwości, głupocie i zagubieniu grane przez tancerkę i lalkarza na pozbawionej scenografii scenie. Dla polskiej młodzieży reżyser wybrał akt zatytułowany King, historię człowieka, który sprzeciwił się odwiecznemu prawu i ściął drzewo w lesie, do którego ludzie nie mieli wstępu. Żyjący w nim potwór postanowił ukarać człowieka, zsyłając na niego wieczny głód. Od tej pory wszelkie wysiłki człowieka krążyły wyłącznie wokół ukojenia bólu głodu. Pełne usta nie zaspokajały go, człowiek wciąż szukał, gryzł, przeżuwał, przełykał… Stał się istotą, której przestało być potrzebne myślenie, bo kończyło się ono zawsze tam, gdzie pojawiło się coś godnego włożenia do ust. Człowiek został zdegradowany do pozycji zwierzęcia, zajętego tropieniem czegoś, co wypełni wnętrzności. Jego egzystencja, jestestwo zaczęło ograniczać się zdobywania... Mądra przypowieść o ludzkiej nieposkromionej żądzy posiadania, o pragnieniu, by posiadać, nawet jeśli to niepotrzebne, zbędne, nawet, jeśli już w naszym posiadaniu jest... W mitach, choć pisane w starożytnej Grecji, do dziś odnajdujemy problemy współczesnego człowieka, do dziś mierzymy się z jego niezmienną naturą, słabościami, namiętnościami, z ludzką głupotą… Spektakl krótki, lecz niezwykle wymowny i skłaniający do myślenia. Wyszłam z Teatru 6. Piętro z ogromnym niedosytem i chęcią zobaczenia spektaklu w całości… jak to człowiek właśnie...

Zuzanna Talar

KING
Maas Theater en Dans (Holandia)
pomysł i choreografia: Duda Paiva
kostiumy: Marjo van der Pols, Dorine van Ijsseldijk
tancerze: Ana Teixido, Tim Velraeds

 

29.05.2014

Zabrać Spota do domu

Spot to arcyzabawne, czarujące i chwytające za serce przedstawienie o przyjaźni człowieka z… teatralnym reflektorem. Bardzo się cieszę, że Andrea Buzzetti, artysta La Baracca-Testoni Ragazzi, przywiózł Spota z Włoch, by nam go przedstawić. Spot jest tylko narzędziem w ręku człowieka, ale pod tą pozornie martwą plastikową skorupą, kryje się wnętrze pełne naszych ludzkich emocji. Spot z ogromnym wdziękiem i dziecięcą naiwnością przekomarza się ze swym przyjacielem Andreą. Wcale nie ma ochoty grać w tym spektaklu, ale przedstawienie już się rozpoczęło…. Andrea dwoi się i troi, by wyjść z tej niezręczności z twarzą i przywołać Spota do porządku. Ale Spot nie czuje się do niczego zobowiązany, oczekiwanie publiczności też nie robi na nim wrażenia... Całą gamą barwnych, papuzio pstrokatych świateł i niezwykle trafnie ujętych, urokliwie ludzkich gestów, uparcie odmawia współpracy. Spot uwodzi, naśladując nasze zakłopotanie, ożywienie, urazę, ekscytację, zmęczenie i wiele, wiele innych uczuć. Na uznanie zasługuje ogromna precyzja i dopracowanie spektaklu w najdrobniejszym szczególe. Spotem steruje bowiem program, który Andrea Buzzetti uruchamia w chwili rozpoczęcia przedstawienia, by dać niesłychany popis zgrania swych działań i kwestii z żywiołowością Spota. Tu miejsca na pomyłkę nie ma, a doszlifowanie roli na na prawdę wysokim poziomie. A Spota… cóż, chciałoby się zabrać do domu. Po spektaklu dzieci mogły wejść na scenę i przywitać się ze Spotem. Głaskały go, przytulały, pojawił się też pewien pocałunek ;-)

Zuzanna Talar

SPOT
La Baracca - Testoni Ragazzi (Włochy)
autor: Andrea Buzzetti, Valeria Frabetti
tłumaczenie na język włoski: Letizia Olivieri
reżyseria: Andrea Buzzetti
muzyka: Recorded Music, Corky Siegel
reżyseria ruchu: Silvia Traversi
reżyseria świateł: Giada Ciccolini
obsada: Andrea Buzzetti  

 

28.05.2014

If I die before I leave...

Burzowa noc kanadyjskiego Le Carrousel to spektakl ważnych dziecięcych pytań. Na środku łąki mały domek, w nim mały pokoik, w nim mała dziewczynka i jej mały piesek. Dziewczynka nie może usnąć, a za oknem zbiera się na burzę, dziewczynka bardzo nie lubi burzy, boi się… W głowie zaczynają kłębić się myśli, przychodzą wątpliwości, pojawiają się trudne pytania. Bo  gdzie kończy się nieskończoność, skąd pochodzimy i czy jest życie na innej planecie, a może pośród nas kryje się ktoś z innej planety? Te pytania nie należą do najprostszych, a odpowiedź na nie wcale nie jest oczywista. A jest ich o wiele, wiele więcej i stają się coraz trudniejsze... Co byłoby, gdybyśmy mogli wybierać sobie ciała i zamieniać się nimi… ale czy ktoś wtedy chciałby moje ciało? Kim będę, kiedy dorosnę, czy będę miała dzieci, a może moje nazwisko znajdzie się w encyklopedii? A co, jeśli życie jest tylko snem, co stanie się ze mną, kiedy umrę, czy to będzie bolało? Czy wtedy można zobaczyć swoja duszę i dokąd ona idzie, kiedy umieramy, czy przechodzi na drugą stronę nieba? Jak rozpoznam tam kogokolwiek pośród tylu ludzi, czy po śmierci jest lepiej, co robi się tam całymi dniami? Może kiedy umieramy wszystko, co w głowie znika i zaczynamy od nowa, jako ktoś inny, a może wracamy w innym wcieleniu, albo wracamy tam, gdzie się urodziliśmy, tam, gdzie niczego nie ma. Czy świat może się któregoś dnia skończyć, a co, gdybyśmy mogli żyć wiecznie i poznać wszystkie tajemnice wszechświata, ale to trwałoby strasznie długo, pewnie dłużej niż nieskończoność, bardzo byśmy się znudzili. A co jeśli po śmierci niczego nie ma? Tyle pytań bez odpowiedzi, twórcy przedstawienia nie boją się ich stawiać, choć dotyczą spraw fundamentalnych, nie tylko przyszłości, sensu życia, stosunku do samego siebie, ale i śmierci, której poświęcają tyle czasu, ile mała dziewczynka potrzebuje. Scenariusz powstał na podstawie powieści Michéle Lemieux, a scenografię stanowią ogromne powiększenia rysunków ilustrujących książkę, wiernie wobec oryginału. Wszystko utrzymane w bieli i czerni, minimalistyczne. Po spektaklu na widowni pozostało sporo osób chętnych, by porozmawiać z reżyserem. Jedna z mam podkreśliła, że pytania, które zadawała ta mała dziewczynka, to dokładnie te same pytania, które zadaje teraz jej córka. To chyba najlepsza recenzja.

Zuzanna Talar

BURZOWA NOC
Le Carrousel (Kanada)
autor: Michèle Lemieux
reżyseria: Gervais Gaudreault
asystent reżysera oraz tłumacz: Milena Buziak
scenografia: Stéphane Longpré
muzyka: Diane Labrosse
kostiumy i rekwizyty: Linda Brunelle
reżyseria świateł: Dominique Gagnon
obsada: Ludger Côté, Émilie Lévesque

 

28.05.2014

Jugar znaczy bawić się, igrać, grać

Compania Teatro al Vacio z Meksyku w 6-tym dniu Festiwalu Korczak na deskach Teatru Lalka pokazała polskiej publiczności spektakl Jugar. Jugar po hiszpańsku znaczy zabawę, igraszkę, grę. Wilk i owca, silny i słaby, groźny i bojaźliwy - artyści postawili sobie trudne zadanie przekonania ich, by zamiast powszednich ataków i ucieczek, straszenia i tchórzenia, w końcu się wspólnie pobawili… Zadanie arcyniełatwe, pełne zwrotów akcji i niespodziewanych stanów rzeczy. Dochodzenie do jednomyślności czy kompromisu choćby, obie strony kosztuje wiele wysiłku i przewartościowania dotychczasowego myślenia. Jak to w życiu bywa…     
Przebiegający w zupełniej ciszy teatr tańca. I tylko sceny, w których wilk i owca ulegają pokusie powrotu do swych stereotypowych zachowań, oddając się szczerej i pełnej ekspresji walce charakterów, rozbrzmiewają mocną, rockową muzyką. Bardzo ważnym elementem spektaklu jest scenografia, ogromna ilość skrzynek, które w zależności od nastroju bohaterów i ich aktualnej relacji, służą do budowy mostu porozumienia, czy muru niezgody. Zabawny i pouczający wykład z nawiązywania relacji dla najmłodszych, sądzę jednak, że dla trzylatków, a taką dolną granicę wieku zaproponowali artyści, zbyt długi. Pochłaniające bohaterów wciąż nowe sceny akceptacji i dezaprobaty, po pewnym czasie tracą na sile przekazu, by w końcu niepostrzeżenie zacząć nużyć.

Zuzanna Talar

JUGAR
Compania Teatro al Vacio (Meksyk)
scenariusz i reżyseria: Adrián Hernández, José Agüero
scenografia: Mauricio Ascencio
muzyka: Eblen Macari
kostiumy: Benjamín Barrios
obsada: Adrián Hernández, José Agüero

 

28.05.2014

Wielki potencjał

Czerwony Kapturek Teatru Lalki i Aktora z Wałbrzycha to barwny kolaż baśniowych motywów, którego szkielet stanowi historia Michalinki spotykającej złego wilka w drodze do domu babci. Najbardziej znana i najczęściej opowiadana ze wszystkich baśni w przedstawieniu Jerzego Jana Połońskiego (autor scenariusza i reżyser) przybiera formę eklektycznego zlepieńca. Co do efektu mam mieszane uczucia – od entuzjazmu po zwątpienie.
           
Pod względem estetycznym spektakl jest spójny i atrakcyjny. Na scenie dominuje biel, czerń i czerwień. Scenografka Marika Wojciechowska osiągnęła wysmakowany efekt. Kostiumy, scenografia kojarzą się z formami znanymi z komiksów, mają też odcień makabreski popularnych „brzydkich” zabawek. Krzywe oczy, bliznopodobne przeszycia charakteryzują miękkie poduszkowe lalki sześciu krasnoludków oraz Jasia i Małgosi. Podobne motywy zastosowali twórcy Mglistego Billy'ego Teatr Figur z Krakowa (spektakl będzie prezentowany podczas festiwalu) lub Łaumy, czyli strasznej bajki dla dzieci w warszawskim Teatrze Studio. Inny typ reprezentują lalki Czerwonego Kapturka, babci, gajowego i Dziewczynki z Zapałkami: parodystyczne w wyrazie, w których do głowy aktora będącej jednocześnie głową postaci doczepia się lalczyny korpusik z kończynami. Dzięki temu uzyskuje się karykaturalny efekt wielkiej głowy i małego ciała, aktor może jednocześnie wykorzystywać swoje umiejętności mimiczne i animacyjne. Operowanie taką lalką wymaga dużego poświęcenia, bowiem najlepszy efekt uzyskuje się przemieszczając się na kolanach.

Zespół aktorski stworzył w przedstawieniu kilka dobrych, wyrazistych ról. Szczególnie podobały mi się Czerwony Kapturek Anny Jezierskiej i Baba Jaga Sylwii Nowak – pardon, panowie! Jezierska świetnie wykorzystuje możliwości, jakie daje jej lalka. Jest bardzo sprawną animatorką i aktorką z szeroką paletą środków wyrazu. Uwaga widza skupia się na jej twarzy, a ona uwagę potrafi zatrzymać. Każdy ruch cienkiej lalczynej rączki lub nóżki opowiada o bohaterce. Michalinka – Kapturek jest radosną, pełną werwy i polotu dziewczynką, postać wzbudza sympatię, zwłaszcza jej determinacja w dążeniu do samodzielności („wreszcie wolność!”). Baba Jaga to postać epizodyczna. Sportretowano ją nieszablonowo, bardziej w duchu niezapomnianej Cruelli de Mon, niż wiejskiej szeptuchy. Baba nosi suknię z trenem, futro i elegancki kapelusz. Z kabaretowym zacięciem Sylwia Nowak stworzyła wizerunek kobiety roztargnionej, która wiecznie poszukuje niedbale rozrzuconych osobistych przedmiotów, w tym samym czasie planując mord na utuczonych cukierkami dzieciach. Cały zespół dobrze tańczy i śpiewa, leży im musicalowo – żartobliwa konwencja.

Niestety mimo licznych plusów przedstawienie jest bardziej fotogeniczne, niż udane. Kilka słów o minusach. Wątpliwości dotyczą głównie scenariusza. Jego powstanie zainspirowały dzieci reżysera, którego znużyło ciągłe powtarzanie „nie wolno!”. W teatralnej formie zapragnął przedstawić czyhające na nie niebezpieczeństwa, by w ten sposób – naocznie – przestrzec potomstwo. Pomysł fajny. Pojawia się jednak spora niekonsekwencja. Poprawna i wartościowa postawa Michalinki, która pragnie poznawać świat na własną rękę, nie zostaje nagrodzona, a raczej ukarana. Ciąg wydarzeń prowadzi do puenty, którą Kapturek wygłasza zachęcony przez babcię. Dowiadujemy się, że... należy słuchać starszych, bo wszystko lepiej wiedzą. A to przecież nieprawda, prawda ;)? Tradycyjne podsumowanie Czerwonego Kapturka nie pasuje do odświeżonej, patchworkowej całości. Spore wątpliwości budzi też jakość scenariusza: gadatliwość autora, nie zawsze śmieszne żarty, nie do końca udane rymy. Spektakl jest tak intensywny, że po chwili napięcie spada i pojawia się znużenie. Brak wytchnienia między rozbudowanymi dialogami, a energicznie wykonywanymi piosenkami. Takie tempo potrafi wykończyć widza...

Podsumowując: widzę wielki potencjał w temacie, aktorach, lalkach, sugeruję metodę krawiecką: tu skrócić, tam spruć...

Z sympatią i ukłonami
Magdalena Foks

CZERWONY KAPTUREK
Teatr Lalki i Aktora (Wałbrzych)
autor i reżyser: Jerzy Jan Połoński
scenografia: Marika Wojciechowska
kostiumy: Marika Wojciechowska
obsada: Anna Jezierska, Sylwia Nowak, Jakub Grzybek, Paweł Pawlik 

 

28.05.2014

Cud maszyna!

Nie wyobrażam sobie, by na tej specjalnej (czytaj szczególnej) edycji Festiwalu Korczak zabrakło Maszyny do opowiadania bajek łódzkiego Teatru Pinokio! Maszyna, by jej nie urazić… tajemnicza i cudaczna kupa złomu, dopełniona w równym stopniu biodegradowalnymi, jak i nie nadającymi się do recyclingu śmietkami… niezwykłymi jednak, bo wydającymi z siebie całą gamę dźwięków, jęków i skrzypnięć, stuków i terkotań, przesypywań, łoskotów i chrobotań, sapnięć, wody bąbelkowania i dymu popuszczania... Prawdziwa cudowność tej maszyny polega jednak na tym, że dzieci na prawdę, a nie tylko w zgrabnie napisanym programie teatralnym, mają wpływ na przebieg opowieści, więcej powiem, bez ich twórczej wyobraźni spektakl nie mógłby zaistnieć. Przedstawienie stuprocentowo i bezustannie interaktywne. Chyba każdy mały człowiek chciałby, żeby w teatrze na warsztat wzięto JEGO marzenie, każdy chciałby dysponować siłą zmieniającą bieg wydarzeń, od tak, na pstryknięcie palca. To wszystko jest możliwe i możliwe jest wiele więcej. Kunszt improwizatorski aktorów został dziś wielokrotnie poddany próbie nie tylko przez młodą, jak wiadomo wymagającą publiczność, ale i tłumnie przybyłych dorosłych, ciekawych tego interesującego nowatorskiego projektu. I sądząc po minach zachwytu, okrzykach radości, salwach śmiechu, chwilach wytężonego skupienia i wyczekiwania i oczach pełnych podziwu, ten zupełnie nowy rodzaj teatru dla młodego widza wzbudza uznanie nie tylko u dzieci, ale i tych, którzy uważają się za dorosłych. Każdy aktor potwierdzi, że nie ma dwóch takich samych spektakli, ale Maszyna do opowiadania bajek za każdym razem jest inna w sposób dosłowny. Sami artyści rozpoczynając z dziećmi zabawę na słowa, nie wiedzą, do czego ona doprowadzi. Jak powiedział w rozmowie z widzami po spektaklu jeden z twórców przedsięwzięcia Konrad Dworakowski, niesie to ze sobą ryzyko “niezadowalającego” przedstawienia, lecz to ryzyko każdego kreowanego na żywo performancu. Dzisiaj większość stanowili dorośli, co jak przyznali aktorzy zdarzyło im się po raz pierwszy i znacząco wpłynęło na opowiadane historie... My, ku ogromnej naszej uciesze, wpłynęliśmy na opowiadane historie... Chciałoby się, żeby artyści Teatru Pinokio do snu opowiadali nam bajki.
P.S. To już drugie podczas tej edycji festiwalu storytelling, które udało mi się zobaczyć. I gorąco do tego zachęcam, w końcu Łódź nie tak daleko, nie ma co czekać, aż w październiku być może przyjadą znów Duńczycy...

Zuzanna Talar

MASZYNA DO OPOWIADANIA BAJEK
Teatr Pinokio (Łódź)
reżyseria: Michał Malinowski, Przemysław Buksiński, Paweł Romańczuk, Konrad Dworakowski
obsada: Żaneta Małkowska, Łukasz Bzura, Ewa Wróblewska, Danuta Kołaczek, Łukasz Batko

 

27.05.2014

Czarne, białe, zielone

Posiłki smakują lepie, gdy są spożywane w towarzystwie. Potrzeba bliskości nie dotyczy jednak wyłącznie spotkań przy stole. Chęć przynależenia do grupy nie wyklucza się z poszukiwaniem własnej indywidualności. Problemy te zostały poruszone w spektaklu Czarna Owca Teatro Distinto z Włoch. Wszystko zaczęło się od próby wspólnego zjedzenia liści kapusty i na nich skończyło. Z powodzeniem.

Czarna owca to spektakl bez słów. Został oparty na ruchu i grze przedmiotem. Występują tu dwie postaci, które zostały skonstruowane na zasadzie kontrastu – jak biała i czarna owca. Jeden z aktorów jest niski, łysy, ubrany na biało, drugi – wysoki, z bujną czupryną, w czarnym garniturze. Wszystko wskazuje na to, że porozumienie między nimi powinno być niemożliwe. Problemy, jakie powstają przy spotkaniu różniących się między sobą istot, zostały przedstawione za pomocą figurek zwierząt ustawianych w rozmaite konfiguracje. Przedmioty te były wydobywane z dwóch skrzyń (w kolorach – odpowiednio – czarnym i białym).
Najpierw pojawiły się tylko owce oraz niepasująca do nich świnia. Duże emocje oraz śmiech wzbudziło odkrycie dwukolorowego, czarno-białego baranka a także finał spektaklu. Wtedy zieloną scenę zapełniły owce, świnie, żyrafy, lwy… - teraz mógł już znaleźć się tam każdy.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden powód, dla którego figurki zwierząt były rzeczywiście istotne w Czarnej owcy. Są to zabawki, które mogą być dziecku znane z jego własnego pokoju. Wykorzystanie ich w teatrze sprawia, że przedstawienie staje się oswojone, bliższe małemu widzowi.
Spektakl nie jest pozbawiony humoru. Jego źródłem jest kunsztowne aktorstwo utrzymane w duchu komedii dell’artre. Farsowy śmiech jest bliski dzieciom i dorosłym.
Zjedzenie liścia kapusty może być trudną sztuką. Może również sprawić wiele radości.

Joanna Żygowska

CZARNA OWCA
Teatro Distinto (Włochy)
reżyseria: Daniel Gol
scenariusz: Daniel Gol, Alessandro Nosotti, Laura Marchegiani
scenografia: Alessandro Nosotti
muzyka: Les Baxter
obsada: Daniel Gol, Alessandro Nosotti

 

27.05.2014

Tell me a story...

Prawdziwa Bajka duńskiego Teatret Gruppe 38/Carte Blache to przeżycie niezwykłe, na długo myślę pozostające w pamięci. To nie spektakl, nie monodram nawet… storytelling, bez reszty porywający, pochłaniający człowieka w całości, ze wszystkimi jego zmysłami. W lekkiej mgle, wśród odgłosów deszczu, ekscentryczni artyści z parasolami na głowach wprowadzają widzów w niezwykłą, wydawać by się mogło, ledwie przez człowieka oswojoną przestrzeń, której wolałabym nie zdradzać, by nie odebrać Wam, mam nadzieję przyszłym widzom tej niespodzianki i wielkiego zaskoczenia. Przestrzeń wypełnia się ludźmi, zyskując nowe, zaskakujące oblicze, bo to on - człowiek jest postacią pierwszoplanową. Dzieci pośrodku, najbliżej narratorki, dalej ich rodzice i fantastyczna większość dorosłych, chętnych, by wysłuchać bajki. Wszyscy przyjmują najlepszą na świecie pozycję do słuchania bajek… Opowieść intrygująca, tajemnicza, mroczna, pełna napięcia i dramatyzmu, ale któż nie lubi poczuć na plecach dreszczyku emocji… Spektakl zbudowany wyłącznie dzięki naszej wyobraźni, subtelnie dopełniany delikatnymi, nienarzucającymi się,  wizualizacjami, dźwiękami, muzyką, światłem i zapachami. Wszystko to czarowne, poetyckie, symboliczne, tworzone na potrzeby chwili. Koronkowa, misterna robótka ręczna. Historia rodziny zbójów zbudowana na motywach powieści Selmy Lagerlöf, którą artyści zmodyfikowali, by jej wydźwięk nie był tak ostry i dojmujący. Myśl “Człowiek, który nie wierzy, może zostać surowo ukarany…” w Prawdziwej bajce brzmi nieco łagodniej, pozostawia nieco miejsca dla grozy, ale i nadziei dla każdego, w kim drzemie dusza dziecka... Mój 8 letni syn, właściciel najjaskrawszych objawów ADHD (choć odkrywca tej przypadłości na łożu śmierci przyznał ponoć, że przypadłość ta nie istnieje), wysłuchał opowieści  do końca w ogromnym skupieniu, z przejęciem i ogniem w oczach. To najlepsza recenzja, jaką mógł wystawić autorom sztuki. Majstersztyk! Dzisiajszy spektakl był pierwszym granym poza granicami Danii, po raz pierwszy tłumaczony był symultanicznie i jak przyznali widzowie, w żaden sposób nie zakłóciło to odbioru. Otwiera to drzwi do kolejnych podróży z Prawdziwą bajką i gorąco zachęcałam narratorkę opowieści Bodil Alling do odwiedzenia najbliższego Festiwalu Korczak, bo tylu z Was jeszcze tego nie doświadczyło!

Zuzanna Talar

PRAWDZIWA BAJKA
Teatret Gruppe 38/Carte Blache (Dania)
scenariusz: Bodil Alling, Li Have Lehmann
tłumaczenie: Sven Ømø
reżyseria: Sara Topsøe-Jensen, Bodil Alling
twórcy: Søren Søndberg, Kim Glud, Søren La Cour, Lars Kristian Olesen
muzyka: Søren Søndberg
obsada: Bodil Alling, Søren Søndberg, Søren La Cour, Lars Kristian Olesen

 

27.05.2014

LODOWATY DRESZCZ           

Fabułę przedstawienia Czuk i Hek: podróż ku pokrzepieniu serc Teatru Melting Point z Petersburga można streścić w kilku słowach. Matka i dwaj bracia o tytułowych imionach odbywają długą podróż z Moskwy w rejony arktyczne, gdzie pracuje ich ojciec. Wielki wysiłek jest zakończony sukcesem. Powieść Arkadija Gajdara Czuk i Hek jeszcze w latach osiemdziesiątych figurowała w polskim kanonie lektur szkolnych. Gajdar przed drugą wojną światową był sztandarowym pisarzem właściwych ideologicznie książek przeznaczonych dla radzieckiej młodzieży. Podczas rosyjskiej wojny domowej jako nastolatek służył w specjalnych oddziałach Armii Czerwonej, które miały zapobiegać dezercji na tyłach armii. Słynął z okrucieństwa. W przeciwieństwie do wariantu prezentowanego przez Melting Point powieść kończy się fiaskiem wyprawy. Osamotniona matka z dziećmi nie odnajdują ojca przed świętami.

Petersburski teatr, którego przewrotna angielska nazwa oznacza po prostu „temperaturę topnienia”, bestsellerową książkę Gajdara przełożył na język bez słów. Bracia Czuk i Hek są w nim kimś na kształt Flipa i Flapa, aktorzy całymi garściami czerpią wzorce ze spuścizny niemego kina. Przerysowany groteskowy sposób poruszania się, potknięcia, przewroty, przeskoki a nade wszystko mimika wskazują na źródło inspiracji. Wszystkie kostiumy utrzymane są w szarej tonacji z elementami czerwieni. Bracia noszą szerokie ni to spodnie ni śpiochy i dzianinowe niemowlęce sweterki, głowy wieńczą dzidziusiowe czapki z troczkami. W konwencję wpisuje się postać matki. Fryzura „z falą”, karminowe wyraziste usta, zgrabny płaszczyk i spódnica czynią z niej elegantkę z lat trzydziestych. Kreacji dopełnia doczepiona pupa, która upodabnia sylwetkę aktorki do kształtów modelek z dawnych pism ilustrowanych dla kobiet.

Wielka podróż ze stolicy – zobrazowanej na scenie zabawkowym pociągiem, którego wagony to najsłynniejsze moskiewskie budowle – na rubieże imperium jest długa, pełna komplikacji i niebezpieczeństw. Na scenografię składa się duża biała kołdra, która bywa połacią śniegu, kiedy indziej ekranem, na którym wyświetlane są animowane projekcje oraz duża metalowo-szklana konstrukcja. Wzorki pokrywające półprzezroczyste szybki świetnie imitują ślady zostawiane przez mróz. Budowla podobnie jak kołdra pełni wiele funkcji: jest domem, pociągiem, kominkiem. Nie zmienia się tylko jeden niezwykle istotny drobiazg: zawieszona u szczytu niczym busola fotografia ojca. Gdzie jest Papa?

Poszczególne sceny mają formę zabawnych gagów. Kilka z nich szczególnie zapada w pamięć. Świetna sekwencja z „atakującymi” głównych bohaterów onucami. Kiedy tylko któryś znika ze sceny, nowy wypada ze szczeliny w konstrukcji. Czuk i Hek świetnie się bawią wymyślając kolejne zastosowania niezbędnego wyposażenia polarnika. Wspaniały jest moment załamania matki tracącej wiarę w odnalezienie męża. Chłopcy niewidzialną korbką przywracają jej uśmiech, jednak naciągnięta twarz pęka jak gumka i śmiech zamienia się w rozpacz. Epizod jazdy na nartach zapamiętam ze względu na wirtuozerię artystów, to już prawie nie teatr a cyrk. Cały ten śmiech, żarty, ganianie i upadki znikają pod lekką warstewką śniegu. Robi się coraz zimniej. Gdzie jest Papa? Kiedy rodzina w końcu się odnajduje, ojciec nie zjawia się na scenie we własnej ludzkiej osobie, a jedynie jako awatar, bohater filmowej animacji.

Mimo lekkiej zabawowej formy, doskonale czytelnej dla dzieci na dnie opowieści czai się mroźna groza. Spektakl doskonale oddaje klimat rozległych przerażających pustkowi, w których człowiek zdany jest tylko sam na siebie.  Syberia, odległa praca ojca, sowiecki pociąg z czerwonym sztandarem na lokomotywie mknący przez bezdroża sprawiają, że czujemy lęk nie tylko przed bezlitosną przyrodą. Być może interpretuję nazbyt śmiało, może autorzy nie chcieli sprzedawać publiczności podprogowych treści, a jednak poczułam lodowaty dreszcz...

Magdalena Foks

CZUK I HEK: PODRÓŻ KU POKRZEPIENIU SERC
Melting Point/NVT (Rosja)
na podstawie opowiadania Arkadija Gajdara
adaptacja i reżyseria: Maria Krickaja
scenografia: Katerina Malinina
muzyka: Zinaida Lihtenfeld, Leonid Levin
obsada: Marija Schustrowa, Władimir Antipow, Aleksander Lenin

 

27.05.2014

Afryka nuci do snu

Rozśpiewana Afryka w Śpij słodko, mój księżycu kołysze nasze maluchy do snu… Dokładnie próbuje, bo wcale nie chcą spać, kiedy na scenie tak wyśmienity koncert na głosy. Żadnego instrumentu a tyle nut, brzmień, tonów… Artyści hojnie obdarowani przez naturę głębokimi, czystymi głosami, porywają i wprawiają w nieskrywany zachwyt… i jak tu uciąć drzemkę? Skoro naszym dzieciakom nie udaje się zmrużyć oka, aktorzy sami muszą ułożyć się do snu… I wydawać by się mogło, że właśnie wszystko, co barwne i zachwycające kończy się, by ustąpić miejsca ciszy... Na szczęście, kiedy tulimy głowy do poduszki, nasze umysły wcale nie zasypiają, wręcz odwrotnie, ze zdwojoną, niczym nie ograniczaną siłą rozpoczynają wielce twórczą i zachwycającą pracę. A o czym śnią artyści z Zimbabwe? Co w tej pełnej tajemnic, metafizycznej chwili staje się ich udziałem? W moim odczuciu coś zaskakującego i nietuzinkowego. Choć trochę żal bębnów i bambusowych cymbałów, których brak z pewnością według artystów nadaje spektaklowi oryginalną formę, pośród wielu wypełnionych muzyką regionu przedstawień. Ja pędziłam na Śpij słodko, mój księżycu z ogromną ciekawością, ale również z nadzieją na afrykańskie rytmy. I choć muzyczne głosy aktorów czarowały i budziły podziw, zabrakło mi tego jakże charakterystycznego dla Czarnego Kontynentu elementu.

Zuzanna Talar

ŚPIJ SŁODKO, MÓJ KSIĘŻYCU
Dschungel Wien/IYASA (Austria/Zimbabwe)
scenariusz i reżyseria: Stephan Rabl
muzyka: Innocent Dube
kostiumy: Segolene de Witt
obsada: Thembinkosi Dube, Roben Mlauzi, Bekithemba Phiri, Lameck Keswa, Sibonisiwe Sithole, Cheryl Mabaya, Nyasha Dziruni, Buhlebenkosi Sibanda

 

26.05.2014

A to wszystko na podłodze

Czwarty dzień Festiwalu Korczak to kolejne spotkanie dla najnajów, czyli widzów szczególnych, najważniejszych, najmłodszych. “LALE. Teatr” z Wrocławia na wyraźne życzenie festiwalowej publiczności już po raz kolejny pokazał swoje Podłogowo. Spektakl o oswajaniu świata, poznawaniu, próbowaniu i delektowaniu się. Scenki rodzajowe ukazujące fragmenty naszej rzeczywistości, widziane oczyma dziecka. Artyści wykorzystują dość szczególne rekwizyty, papier i folię, użyte po wielokroć, za każdym razem z innym efektem i skutkiem. Jest też mąka i groch, ale… a z resztą zobaczcie to sami! Kameralne przedstawienie, na którym maluchy nie mają szansy się znużyć, bo opowiastka goni opowiastkę, chwila goni chwilę, a wszystkie one odkrywają, jak wielce ciekawy i złożony jest ten nasz świat! A dziecko, najszczodrzej obdarowane imponującą fantazją i niczym nie skrępowaną pomysłowością, może twórczo go zmieniać i upiększać. Genialna oprawa muzyczna spektaklu, wpadająca w ucho, prosta, powtarzająca się melodia wyśpiewywana bez akompaniamentu. Nuciłam ja synkowi całą drogę do domu i nucę ją teraz, pisząc dla Państwa... Wszystko to zdarzyło się za sprawą artystyczno - małżeńskich imaginacji Państwa Maśląkowskich. Zapraszamy znowu!

Zuzanna Talar

PODŁOGOWO
LALE. Teatr (Wrocław)
reżyseria, scenografia i oprawa muzyczna: Janka Jankiewicz-Maśląkowska, Tomasz Maśląkowski
konsultacja scenograficzna i oprawa graficzna: Mateusz Mirowski
obsada: Janka Jankiewicz-Maśląkowska, Tomasz Maśląkowski

 

26.05.2014

Jakie lasy dla wilka?

Czy opowieść z mówiącymi zwierzętami w rolach głównych jest przeznaczona wyłącznie da dzieci? Niekoniecznie. Lepsze lasy GRIPS Theatre z Niemiec pokazują, że wykorzystując tę konwencję, można mówić również do widza nieco starszego.
Spektakl Roberta Neumanna powstał na podstawie tekstu Martina Baltscheita, który w Polsce został opublikowany w 36. zeszycie Nowych Sztuk dla Dzieci i Młodzieży wydanym przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. Historia dotyczy wilka w owczej skórze. Tym razem jednak nie jest to podstęp. Wilk Ferdiand stracił rodziców i został przygarnięty przez owczą rodzinę. Rodzice starali, by wilcze dziecko wyglądało jak owca i nią się czuło. Trudno jednak odciąć się od kulturowego rozumienia postaci wilka – wroga owcy, złego. Ma to konsekwencje w dalszej części spektaklu. Ferdiand został oskarżony o morderstwo. Powód? Jest wilkiem, zabijanie musi mieć we krwi.
Problem relacji między wspomnianymi zwierzętami i różne interpretacje postaci wilka coraz częściej pojawiają się w tekstach przeznaczonych tak dla młodego jak i dorosłego widza, np. Wilk i owieczka (z tomu Hermes, pies i gwiazda)Zbigniewa Herberta, Nusia i wilki Pii Lindenbaum czy W brzuchu Wilka Roberta Jarosza. Na samym Festiwalu mogliśmy zobaczyć kilka spektakli podejmujących ten temat.
Spektakl GRIPS Theatre wart jest uwagi nie tylko ze względu na temat, ale również formę inscenizacji. Nie ma tu rozbudowanej scenografii i rekwizytów, kostiumy są proste – w kolorach (biały lub czarny), które odnoszą do granej obecnie postaci. Każdy z aktorów wciela się w więcej niż jedną postać. Ich gra jest siłą spektaklu. Zmiany kostiumów dokonują się na oczach widzów – po prawej i lewej stronie sceny, gdzie mogłyby znajdować się kulisy. Aktorzy w żadnym momencie nie znikają z pola widzenia publiczności. W niektórych momentach przyglądają się wydarzeniom z boku bądź tworzą odpowiednią warstwę dźwiękową.  
Lepsze lasy to propozycja spektaklu dla nastoletniego widza. Absorbujące tematy, również te bardzo trudne, spotykają się z ciekawą formą sceniczną. Nie zabrakło  tu również elementów humorystycznych. Wilk po raz kolejny okazuje się bohaterem, który może zamieszkać nie tylko w klasycznych bajkach i baśniach, ale także we współczesnych tekstach.    

Joanna Żygowska

LEPSZE LASY
GRIPS Theatre (Niemcy)
autor: Martin Baltscheit
reżyseria: Robert Neumann
dramaturgia: Kirstin Hess
obsada: Jennifer Breitrueck, Paul Jumin Hoffman, Alesa Korderck, Robert Neumann, René Schubert

 

25.05.2014

O raju!

Na korczakowskim Festiwalu nie mogło zabraknąć Maliny Prześlugi i jej O Raju! Czyli o tym co było, kiedy nic nie było zrealizowanego przez Zbigniewa Lisowskiego w Teatrze Guliwer. Przedstawienie zupełnie świeże, premiera odbyła się dzień przed festiwalowym pokazem. Spektakl cóż, zaczyna się dość niepozornie od wielkiego “nic” na scenie, bo co  było na początku, jeśli nie nic właśnie. Nic nie widać, ale słychać i w końcu musi pojawić się na scenie w swym namacalnym wymiarze, bo Nic musi trochę zawalczyć, by nadal niczego nie było. Nic wystarczająco dobrze czuje się w swojej samotni, by mieć absolutną pewność, że nie chce jej z nikim dzielić. Z nikim, a już z pewnością nie z mrówką, która zasadza się na złożenie swoich jajeczek… nieprzebranej jak wiemy ilości jajeczek. Nic obrzydza mrówce swój skrawek świata, ale tę walkę z wielkim parciem do życia przerywa pojawienie się pierwszego człowieka. Adam nie potrafi powiedzieć, skąd się wziął, ale potrafi zaprzyjaźnić się z mrówką. Nieubłaganie dla Nic na Ziemi powoli zaczyna się życie… Życie, które jeszcze raz stawia sfrustrowane Nic w trudnej do zniesienia sytuacji. Zaraz po Adamie pojawia się przecież Ewa… Poetycka opowieść o tym, co pierwsze w boskim tego słowa znaczeniu, choć nie zabrakło motywu nawiązującego do ewolucji. Scenografię stanowiły ekrany rozświetlane wpierw obrazami zachwycających skamielin, wyciśniętych w skałach kredy pięknych różnokształtych muszli i cudacznych pierwszych form życia. Lecz niepostrzeżenie podczas walki Niczego z nieodwracalnymi zmianami, obrazy ulegają ekscytującej przemianie, zazieleniając się obliczami następnych fantastycznych w kształcie i rozmiarze mieszkańców Ziemi. Zrezygnowane Nic musi ustąpić i zaakceptować absolutną miłość macierzyńską mrówki i skomplikowaną miłość dwojga i szarpanki przyjaźni z zazdrością. I Nic odnajduje w tym swoją nową rolę…

Zuzanna Talar

O RAJU!CZYLI O TYM CO BYŁO, KIEDY NIC NIE BYŁO
Teatr Guliwer
autor: Malina Prześluga
reżyseria: Zbigniew Lisowski
scenografia: Pavel Hubička
muzyka: Piotr Nazaruk
obsada: Joanna Borer-Dzięgiel, Izabella Kurażyńska, Anna Przygoda, Honorata Zajączkowska, Damian Kamiński, Maciej Owczarzak

25.05.2014

Kuchenne rewolucje

Teatr 6. Piętro gościł dziś bardzo szczególny spektakl Teatru Drak z Czech Złotowłosa, tylko pozornie kierowany do damskiej części młodej publiczności. Wprost ciężko uwierzyć ile spektakularnych wydarzeń, historii i wypadków pomieścić może maleńka kuchnia. Z pewnością ledwie mieści się w niej iskrząca wręcz energia, twórcza inwencja i pozazdroszczenia godny polot, z jakim pięciu facetów, kucharzy pewnej restauracji, oddaje się magii gotowania. Ja kobieta, w codzienności której zapisane jest obowiązkowe dzieciom pitraszenie, nie mogłam opanować zachwytu i szerokiego od ucha do ucha uśmiechu i z nieskrywaną radością obserwowałam ten niesamowity, pełen suspensów bieg kuchennych wydarzeń. Za to siedzącemu obok panu dość często się ziewało, widać gotowanie nie robi na nim wrażenia lub i w jego kuchni przy okazji gotowania rozbrzmiewa muzyka prosto z garów, butelek, mikserów, tarek i łyżek rzecz jasna, które  powinnam wymienić w pierwszej kolejności, bo cóż to za muzyka bez nich… Entuzjazm, z jakim mali widzowie odpowiadali na wirtuozerskie popisy kuchmistrzów, absolutnie zwalniał tłumacza ze szczegółowego relacjonowania sprawy. Wystarczyło uruchomić niczym nieskrępowaną wyobraźnię, a reszta sama się działa.
Jeden z kucharzy, uroczy Jureczek nie podziela miłości kolegów do kucharzenia i na boku oddaje się lekturze, a łatwo wtedy nie tylko o tłustą plamę, ale i włos w daniu. Bezwzględny królujący w kuchni szef wysyła Jureczka w świat po złotowłosą, która może pochwalić się takimi włosami, jak ten, który znalazł w swym talerzu. Nie rozstając się z książką Jureczek rusza po utraconą reputację i blond dziewczynę. Szybko doceniamy rozczulającą dobroduszność, z jaką jeszcze chwile temu w swojej kuchni oswobadzał marznące w lodówce kurczaki, uwalniał wiszącą na haku rybę, ratował musze życie, czy w końcu wyłowił tonącą w garnku łyżkę. Teraz całe to towarzystwo skutecznie dopomaga Jureczkowi w zdobyciu właścicielki złotych loków. Zgadniecie, czy  udało mu się odnaleźć złotowłosą w innym od kuchennego królestwie?

Zuzanna Talar

ZŁOTOWŁOSA
Teatr Drak (Czechy)
scenariusz i reżyseria: Josef Krofta
scenografia: Marek Zákostelecký
muzyka: Jiři Vyšoglid
obsada: Dušan Hřebiček, Václav Poul, Jan Popela, Jiři Vyšohlid, Luděk Smadiš, Filip Huml

24.05.2014

Panie Carroll przedstawiamy Alicję

Lewiss Carroll byłby zaskoczony… Spektakl Alicja Teatru De Stilte z Holandii to niespodziewana wariacja na temat Alicji. Jeśli ktoś przyszedł na opowieść o Alicji w Krainie Czarów, powinien raczej poczytać książkę, bo tu, w Teatrze Powszechnym, goszczącym artystów z Holandii, dostał zupełnie inną opowieść. Czworo tancerzy, każdy pochodzący z innego zakątka Europy: Włoch, Portugalii, Holandii oraz niespodzianka - Polski, wyprawia ze swoimi ciałami niespotykane rzeczy. Próby powtórzenia ich wyczynów, na własną odpowiedzialność! A język? Wystarczy mowa ciała. Przecież język potrafi być źródłem nieporozumień. Trzy Alicje tańczą historię Alicji, nie kryjąc swojego nawzajem istnienia. Grają wspólnie lub każda z osobna, pierwsza z drugą, druga z trzecią, a towarzyszy im królik naturalnie i cała plejada gwiazd radem z Krainy Czarów, stonoga, kot i mysz w osobie wspomnianego już wcześniej królika oraz oczywiście nieodzowna królowa (grana chwilowo przez jedną z Alicji). Trudno się połapać? Wcale nie, bo tu wszystko zależy tylko od naszej wyobraźni. Twórcy nie podają nam historii na tacy, serwują swobodne obrazki, z których każdy może ułożyć swoją własną opowieść o Alicji, zawieszonej radośnie w nieokreślonej przestrzeni i nieokreślonym czasie. Tylko patrzeć, delektować się i puszczać wodze fantazji! Oszczędna scenografia, biała ścianka na kółkach i trzy pary różnej wielkości, jak na Krainę Czarów przystało drzwi, to wymarzony wprost ekran dla czarownych projekcji i rekwizyt, choćby do... schwytania i uwięzienia królika, który nie tylko wyswobadza się, ale i z finezją więzi Alicję. Teatr tańca, teatr cieni, teatr pantomimy, wszystko to w jednej Alicji, przepraszam, w trzech... Świat fantastyczny, nierealny, baśniowy, wyśniony, w którym żarówki rozbłyskują za dotknięciem alicjowego palca, by zaraz zmienić się w buchające zielenią łodygi pewnych roślin w pewnym gąszczu. Niepowtarzalne doświadczenie, robiący wrażenie, wielki wysiłek aktorów, którzy mają swe ciała, po to, by im służyły, a służą im w rytm fascynującej muzyki, w tle bajecznych animacji. Chciałoby się jeszcze!

Zuzanna Talar

ALICJA
Teatr De Stilte (Holandia)
reżyseria i choreografia: Jack Timmermans
scenografia: Martijn Hohmann, Bart Mostart
muzyka: Timothy van der Holst
animacje: Bert Vogels
obsada: Alex Havadi-Nagy, Wiktoria Czakon, Mirella de Almeida Castagna, Kaia Vercammen

24.05.2014

Szkoda spać

Teatr Baj pomyślał o najnajnajmłodszych widzach, bo z kogo wyrosnąć mają mali teatromani, jak nie z pieluchowców właśnie. Na spektakl Śpij rodzice mogą przyprowadzić, dokładnie przynieść swoje dziecięcia od niemowlaków, po poważne trzylatki. W teatralnym foyer biały ogromny namiot aż kusi, żeby się w nim schować, bo czy nie tak właśnie lubią bawić się maluchy, nieświadome nawet, że to zapisana w naszym ciele pamięć o chroniących się tak przed zagrożeniami przodkach. To właśnie ta siła, każe berbeciom włazić pod stoły, a niezłomnemu kilkulatkowi budować, angażujące wszelkie dostępne w domu koce i krzesła, czasochłonne w demontażu namioty... Właśnie tam, w małej, ciasnej, osłoniętej przestrzeni czują się jakoś dziwnie dobrze i bezpiecznie. A jeśli zmieści się tam również mama z tatą, będzie wprost fenomenalnie! Ten spektakl jest dla mnie szczególnie ważny, bo to pierwsze teatralne doświadczenie mojego niespełna półtora rocznego Tymka. I kiedy zobaczył, że zamyka się w swojej jaskini z grupką obcych, a dwoje z nich na środku próbuje pójść spać… chciał uciekać. Ale zanim zrealizował swój plan, zatrzymał się u wyjścia z namiotu i z rosnącym zainteresowaniem oceniał, czy nie warto by było z ucieczką się wstrzymać. Warto było, bo z białych powłoczek powyłaziły zielenie i róże cudnie jaskrawych i miękkich poduchokołder. A jeśli ktoś, sądzi, że to przedmioty martwe, należy mu najpierw współczuć, a potem zaprosić do Baja. Niezwykła gromada papuzio pstrokatych zwierzaków przetacza się przez ten mały, biały namiot i żaden nie może przejść nie zauważony. Cudne dziwolągi pląsają w rytm czarownych, granych na żywo dźwięków cymbałków i gitary, pośród zniewalających zapachów obieranej niekoniecznie w celu zjedzenia, a raczej niczym nieskrępowanej zabawy pomarańczy. Tymek zmęczony staniem u wyjścia siada mi na kolanach. Nic dziwnego, że aktorzy nie mogą zasnąć, skoro prześcieradło, na którym podejmują wciąż nowe próby pójścia spać, kryje tyle zdumiewających tajemnic. Dokładnie wszystko, co maleństwa, maluchy i dzidziusie uwielbiają najbardziej - kolorowe, miękkie, szeleszczące, wystające, do ciągnięcia i rzucania, do wciskania i drapania, do głaskania i tulenia różne takie tam. Tymek siada na poduszce obok mnie. Artyści nie grają do siebie czy dla siebie, bezustannie nawiązują kontakt ze współtowarzyszami namiotowcami. Spektakl nie ma końca sensu stricte, delikatnie i niezauważenie przechodzi z fazy zabaw aktorów, do zabaw dzieci, które wpierw nieśmiało, a zaraz z zachwytem w oczach dołączają do sensorycznego placu zabaw. Tymek rusza, by porwać drugi kolorowy woreczek z grochem, bo ten, który położył na jego głowie urokliwy, włochaty stworek, nie wystarcza...   

Zuzanna Talar

ŚPIJ
Teatr Baj
reżyseria i scenografia: Alicja Morawska-Rubczak
muzyka: Wojciech Morawski
konsultacje (psychopedagodzy kreatywności): Dominika Orłowska, Karolina Taranko
wykonanie muzyki na żywo: Wojciech Morawski/Robert Kowalczyk
obsada: Elżbieta Bieda, Andrzej Bocian/Magdalena Dąbrowska, Marta Gryko

24.05.2014

Dziewczyna Picassa

W 2 dniu Festiwalu Korczak, Teatr Lalkowy z Węgier uraczył nas spektaklem Opowieść o dziewczynie w kolorze niebieskim. Mieliśmy okazję być nie tylko w teatrze, ale również na wystawie. Poczułam się tak, jak parę lat temu, kiedy weszłam do Muzeum Picassa w Barcelonie. Zachwycona i bezskutecznie próbująca zachować w pamięci każdy szczegół tego niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju malarstwa. Dzisiaj w Teatrze Lalka tłem dla artystów były rzucane na prześcieradłach projekcje obrazów i rysunków z różnych okresów twórczości tego ekscentrycznego artysty. Najpierw stateczne portrety i spokojne pejzaże, potem rysowane węglem dziwaczne, groźne, asymetryczne stwory, aż w końcu nierzeczywiste, mozaikowe, pstrokate postaci. Niektóre schodziły z płótna, by odtańczyć swój niesamowity taniec przed  młodą publicznością. Opuściła swój obraz również “Dziewczynka z gołębiem”, mała, w niebieskiej sukience, ciekawa naszego bezbarwnego, innego świata, spragniona zabaw dla takich, jak ona dziewczynek. Maleńka lalka pod opieką naszych ludzkich opiekunów zażywa wszelkich możliwych uciech, które na płótnie nie są jej dane. Troje artystów przy akompaniamencie równie dziwacznej i oryginalnej, jak twórczość Picassa muzyce autorstwa węgierskiej piosenkarki Erzsi Kiss, dokonuje nadludzkiego nieraz wysiłku, by umilić dziewczynce w kolorze niebieskim nasz ziemski czas. Nieraz w zupełnej bieli, bo przecież płótno czekające na malarza jest czyste, puste, białe, jak kartka, nieraz w kolorze niebieskimi, stawali się częścią obrazu, namalowani, nierealni. Szaleństwom na huśtawce, karuzeli, linie, jeździe na koniu, na rowerze nie byłoby końca, gdyby mała dziewczynka w kolorze niebieskim nie musiała wracać do obrazu. I tylko piłka, którą bawiła się ze swymi ludzkimi przyjaciółmi, czeka na nią po drugiej stronie płótna, jakby nigdy stamtąd nie zniknęła. Autor sztuki zdecydował, że to właśnie dziewczynka w kolorze niebieskim wyjdzie z obrazu, bo jest dzieckiem, które, jak wszystkie dzieci na widowni chce się bawić i jak każde dziecko, potrzebuje do tego opieki i pomocy dorosłych. A dlaczego Picasso? Zaczynał projektowaniem opakowań na słodycze, ilustrował czasopisma, a kiedy nadszedł jego czas, malował dla wszystkich. Do dziś rozumieją go starzy i mali. Malowniczy spektakl… Lekcja dla przyszłych znawców i koneserów sztuki i ich rodziców...
P.S. Gdybyście byli kiedyś w Barcelonie, nie ustawiajcie się w bardzo długiej kolejce do Muzeum Picassa, kupcie bilet przez internet i od razu wchodźcie na spotkanie z tym zjawiskowym artystą...

Zuzanna Talar

OPOWIEŚĆ O DZIEWCZYNIE W KOLORZE NIEBIESKIM
Teatr Lalkowy Ciróka (Węgry)
reżyseria: Rita Bartal Kiss
scenografia: Mária Horváth
muzyka: Erzsi Kiss
dekoracje i żywy obraz: Péter Sisak
obsada: Eszter Aracs, Júlia Rita Krucsó, Balázs Szabó

24.05.2014

Świat filtrowany sobą

Po śmierci żyjemy w pamięci innych. Ten truizm powtarzamy wielokrotnie wspominając zmarłe osoby, jest pociechą w trudnych okolicznościach rozstań na zawsze.

Najpierw słów kilka o przestrzeni. Widzowie wchodzą przez niewielkie przejście na pole gry o kształcie prostokąta obudowanego metalowymi szafami na akta. Mur z szuflad wznosi się na wysokość dwóch metrów. Dla publiczności przeznaczone są składane stołeczki, aktorzy poruszają się po całym wolnym obszarze. Przestrzeń wypełniają dźwięki: gra na gitarze, harmonijce ustnej, instrumentach perkusyjnych, śpiew.

Wysłuchamy i zobaczymy historię życia Markusa. Markus żyje już tylko we wspomnieniach bliskich, jednak nam pokazuje się we własnej osobie. Sympatyczny blondyn o szczerym uśmiechu. Spotykamy jego starszego brata, Frederika. Zwierza się nam zaprzyjaźniona nauczycielka, miłośniczka domowych wypieków. Jest też pierwsza dziewczyna Markusa. Na naszych oczach chłopak zmienia się z zauroczonego starszym bratem kilkulatka w radosnego, lecz niosącego w sobie głęboko zakorzeniony smutek młodego człowieka.

Wybrane epizody z życia Markusa „omawiane” są na dwa współistniejące sposoby: jeden z aktorów przejmuje na chwilę rolę narratora / uczestnicy sceny odgrywają ją „na żywo”. Akcja toczy się wartko, a nastrój wbrew naszkicowanemu na początku tematowi nie jest wcale ponury. Zaczynamy od sentymentalnego wspomnienia lat osiemdziesiątych z brawurową historią wyprawy braci na dach garażu po wrzuconą tam piłkę. Lata dziewiędziesiąte to fascynacja kultową Nirvaną, pierwsze papierosy i pocałunki, oraz szalona sekwencja wspinania się na balkon zatrzaśniętego przez przypadek pierwszego mieszkania brata.

Aktorzy norwesko-brytyjskiego Teatru NIE grają na luzie, którego można im pozazdrościć. Luz nie wiąże się z niedbałością, bo przedstawienie jest świetnie wyreżyserowane. Spójne i konsekwentnie wynikające z siebie elementy nie zabijają stuprocentowego realizmu scen. To taki teatralny quasi dokument. Znałeś Markusa? Prosimy, wypowiedz się na jego temat. Do tego przebitka filmu z domowego archiwum. Markus macha do kamery.

Z poziomu truizmu zjeżdżamy w dół. Co wynika z życia w pamięci innych? Do wspomnień łatwo przyklejają się nasze marzenia, uczucia, wyobrażenia. Drobiazg – a każdy pamięta go nieco inaczej. Zwracamy uwagę na różne rzeczy, filtrujemy świat całymi sobą, w ten sposób zapamiętujemy też tych, których już nie ma. A oni – w przeciwieństwie do scenicznego Markusa – nie mogą się już bronić, ani tłumaczyć. Prawda o przeszłości jest nieznana.

Przedstawienie porywa, wciąga, świetnie się je ogląda. Co do teatralnej roboty – zero zastrzeżeń. Garść myśli na temat przekazu. Nie zdradzę wiele pisząc, że główny obecny-nieobecny bohater popełnia samobójstwo. To poważna sprawa. Jeśli twórcy nie chcieli jej eksponować, mogli uśmiercić Markusa inaczej. Tymczasem pada na ten temat kilka zdań: „zapewne miał swoje powody”, „nie dał rady”, „miał smutek w sobie”. To niewiele biorąc pod uwagę, że spektakl przeznaczony jest dla nastolatków. Co skłoniło całkiem szczęśliwego Marcusa do takiego czynu? Średnia wieku widzów podczas wczorajszego spektaklu była dość wysoka. Jednak młody widz potrzebowałby czegoś więcej niż „powody” lub „smutek”. Taki temat to niebezpieczna zabawka, a w dzisiejszych czasach depresję skutecznie się leczy. Z poszanowaniem dla konwencji ubolewam nad ledwo zarysowaną relacją braci z rodzicami. Matka to straszak (śmieszne bardzo: „Powiem maaamie!”), ojciec prawie się nie pojawia nawet w rozmowach. W opowieści poświęconej pamięci Markusa, brakowało  mi ich głosu. Chętnie o tym porozmawiałabym z artystami, gdyby nadarzyła się okazja.

Hej, NIE! Dzięki za ważne doświadczenie :)!

Magdalena Foks

MUZEUM WSPOMNIEŃ
Teatr NIE (Norwegia)
pomysł i reżyseria: Kjell Moberg
muzyka: Helder Deploige
scenografia: Katja Ebbel Frederiksen
obsada: Helder Deploige, Kieran Edwards, Guri Glans/Charlotte Grundt, Iva Moberg, Tomáš Měcháček/Dagfinn Tutturen

24.05.2014

Pod kloszem

Obie premiery sztuki W beczce chowany były przede wszystkim triumfem autora tekstu, Roberta Jarosza. Od premier, które niemalże równoległe odbyły się w Teatrze Bianialuka w Bielsku-Białej (w reżyserii Bogusława Kierca) i w Teatrze Animacji w Poznaniu (w reżyserii Janusza Ryla-Krystianowskiego), upłynęło już kilka lat, Jarosz utwierdził swoją pozycję znaczącego autora i reżysera. Od niedawna pełni funkcję dyrektora artystycznego Teatr Guliwer w Warszawie, którą odziedziczył po nie byle kim, bo samym Piotrze Tomaszuku.

Na festiwal korczakowski przyjechała wersja poznańska. Bardzo piękne, smutne przedstawienie. Ryl-Krystianowski umieścił akcję w becketowskim pejzażu: jest tam uschłe drzewo i stojaki na poprzecierane prochowce. Tajemnicze obłożone otoczakami oczka wodne, do których przez cały spektakl miarowo kapią krople wody. Kap kap – metronom. Drzewo ma silne umocowanie w tekście Jarosza, według którego ludzie porzucili szczęśliwość w konarach drzew i zeszli na ziemie wieść psi żywot. Drewno – macierz jest głównym budulcem scenografii i lalek. Obszerne obrotowe koło zbite z desek to scena dla figur: ojca, matki i syna. Schematyczne, półmetrowe lalki są posklejane z drzazg, drewnianych zadziorów.

Duch Becketta unosi się także nad postaciami psa i jego cienia. Dwóch mocno ucharakteryzowanych mężczyzn w zużytych cylindrach i podziurawionych płaszczach w śpiewano-wierszowanych wejściach komentuje, prowadzi filozoficzną narrację równoległą do historii nieszczęsnej rodziny, by na koniec uświadomić niewinnego Syna o jego winie. Od psa bije smutek, tragizm i niewiara w możliwość poprawy losu „w-beczce-chowanego” i jego rasy.

Beczka to synonim klosza, pod którym chowają swoje potomstwo nadopiekuńczy rodzice. Podobne słowa „chować” (wychowywać) i „schować” mają dla nich to samo znaczenie. Umieszczają synka w beczce, żeby uchronić go przed niebezpieczeństwami i złym wpływem świata. Niestety, kiedy wyrośnięte dziecko w końcu opuszcza przymusowe schronienie, czeka ich zawód. Pozbawiony doświadczeń młodzieniec jest całkowicie bezbronny i nieudolny, mimo że sam zdaje się nie czuć dyskomfortu pozostając w bezbrzeżnym zachwycie nad cudownościami świata wokół beczki. Rodzice winą obarczają potomka, są wobec niego okrutni. Nadal próbują go chronić na swój chory, szkodliwy sposób. Historia kończy się tragiczną metaforą – przebrani rodzice giną z rąk syna, który w końcu próbuje pokonać przeszkodę zagradzającą mu drogę do samodzielności.

Magdalena Foks

W BECZCE CHOWANY
Teatr Animacji z Poznania
autor: Robert Jarosz
reżyseria: Janusz Ryl-Krystianowski
scenografia: Jacek Zagajewski
obsada: Sylwia Koronczewska-Cyris, Krzysztof Dutkiewicz, Piotr Grabowski, Marcin Ryl-Krystianowski, Jerzy Więckowski

23.05.2014

Na ścieżce do dojrzałości

O Świecie Garmanna warszawskiego Teatru Baj wiele już napisano. Przedstawienie podbiło serca publiczności i recenzentów. Baj przez lata kojarzony z teatrem dla widzów przedszkolnych, premierą Garmanna w reżyserii dyrektorki teatru, Ewy Piotrowskiej otworzył nurt przedstawień dla dzieci nieco starszych. Spektakl powstał na podstawie książek norweskiego autora i ilustratora, Stiana Holego.

Podstawową zasadą plastycznego wyrazu Świata... jest współistnienie żywego planu i projekcji filmowych wyświetlanych na kurtynie w głębi sceny. Projekcje zgrabnie oddają atmosferę ilustracji Holego - realistycznie narysowane postaci w baśniowej, bardzo kolorowej scenerii, w całości przypominają staroświeckie prasowe kolaże spod znaku „Przekroju”. Animacje czasem są tłem działań aktorów, kiedy indziej wyświetleni bohaterowie (zarejestrowani artyści Baja) grają w duecie z realnymi aktorami. Projekcje w teatrze budzą moją nieufność, zbyt często są skrótem do osiągnięcia zamierzonego przez inscenizatora celu. W Świecie Garmanna są rzeczywiście piękne, dowcipne, w naturalny sposób uzupełniające pozostałe elementy przedstawienia.

Najciekawsze są jednak tematy podejmowane przez norweskiego autora, a za nim przez szefową Baja. W opowieści o chłopcu u progu szkoły na pierwszy plan wysuwają się relacje. Z tatą, który robi z synem wspaniały zielnik. Z ciotkami staruszkami, których starcze nawyki, dolegliwości i śmiesznostki Garmann obserwuje z niegasnącym zainteresowaniem i sympatią. Wątek przyjaźni dziecka ze starcem kontynuują rozbudowane sceny z udziałem Pana Znaczka (jak zwykle świetny i pełen ciepła Jan Plewako), którego z Garmannem łączą wspólne pasje i wrażliwość wiążąca mimo różnicy wieku. Sekwencję kończy subtelnie sugerowana śmierć Pana Znaczka. Nieuchronny koniec ludzkiego życia przywołany uczciwie i bez lukru (niedołężność ciotek, strach przed brakiem samodzielności) nie ma tu wagi ciężkiego dramatu. Odchodzący Pan Znaczek nie rozpacza, ale cieszy się, że zdążył poznać Garmanna. Strach – tchórzostwo i odwaga również stają się udziałem głównego bohatera. Garmann musi zmierzyć się z lękiem przed starszym i silniejszym kolegą, jednak prawdziwy triumf odnosi, kiedy z trudem przyznaje się winy i gasi pożar wywołany podczas zabawy.

Ciąg doświadczeń i spotkań prowadzi chłopca długą ścieżką ku dojrzałości, na której przystankiem jest finałowa scena: pierwsze zauroczenie i dziecięco-młodzieńczy pocałunek w świetle gwiazd i księżyca.

Magdalena Foks

ŚWIAT GARMANNA
Teatr Baj (Warszawa)
autor: Stian Hole
adaptacja: Ewa Pitorowska
reżyseria: Ewa Piotrowska
animacje komputerowe: Ewa Łuczak
obsada: Kamil Król, Natalia Kiser, Magdalena Dąbrowska, Jan Plewako, Andrzej Bocian

23.05.2014

Język tańca i parodii

Teatr tańca jest trudną sztuką. Organicznie wynika z ciała, którego język jest uniwersalny i powszechnie zrozumiały, jednak w praktyce najczęściej wymaga od widza wyrobienia i szczególnego upodobania tego rodzaju ekspresji. Mimo to taniec szturmem wdziera się do teatru dla dzieci, czasem w formie tanecznych elementów, kiedy indziej całych spektakli zrealizowanych w tej konwencji. Teatr tańca w dużym uproszeniu można porównać do abstrakcji w malarstwie. Dla wielu widzów taneczna forma połyka treść, energia płynąca z ciała przesłania intelektualne rozważania. To napięcie może przełamać pomysł, który w zespoleniu z językiem ruchu, zbuduje narracyjne ramy dla teatralnego dziania się.

  „Nadine Animato” Theater Dance Company z Izraela i jego szefowa choregrafka Nadine Bommer zaprosili widzów na mecz piłakrski. Tuż przed mundialem jak znalazł. Tu ruch i tam ruch, co z tego wynika? Wdzięczny temat do przełożenia na język tańca i parodii. Przemyślnie zmontowana ścieżka dźwiękowa przedstawienia składa się z piłkarskich hitów, fragmentów muzyki klasycznej, odgłosów stadionowych, głosów komentatorów sportowych. Każdy muzyczny fragment odpowiada tanecznej sekwencji identyfikowanej z tańcem współczesnym. Są tam sola, duety, synchrony, które układają się w non-fiction story. Czerwoni walczą z żółtymi, są faule, karny, trybuny szaleją, a sędzia to oczywiście kalosz. Przedstawienie jest wciągające, choć jak na ten rodzaj teatru wcale nie krótkie (trwa 50 minut). Do gry zaangażowana jest publiczność. Na każdym fotelu można znaleźć czerwoną lub żółtą wstążkę, na wstępie jesteśmy zachęcani do kibicowania.

Jest kilka szczegółów, które świadczą o niezwykłości Invisi'BALL. Tancerki „Nadine Animato” są jednocześnie wspaniałymi aktorkami o wielkich talentach naśladowczych. Mimika jest tu równie ważna, co ruch całego ciała. Sposób odwzorowania min piłkarza triumfującego, załamanego, przerażonego, skręcającego się z bólu, szydzącego z przeciwnika, błagającego sędziego o litość itd., etc. jest porażająco trafny! Wygląda jakby odwtórczynie piłkarskich ról spędziły godziny wpatrując się w transmisje sportowych kanałtów tv. W kilku poprzednich zdaniach ujawniłam drugą osobliwość Invisi'BALL: wszystkie role grają kobiety. Nadaje to przedstawieniu dodatkowego parodystycznego efektu, nie jestem pewna, czy zamierzonego. Oto bowiem obok sympatycznej kpiny z futbolowego szaleństwa, mamy spojrzenie z przymrużeniem oka na cały „męski” świat. Podczas ukłonów dobrze wcześniej zakamuflowane śliczne dziewczyny zmywają dorysowane brody i wąsy, zdejmują peruki, spod których wyślizgują się warkocze, loki i imponujące afro. Podczas dyskusji tancerki tłumaczyły, że przyjęcie męskich ról jest dla nich głównie podjęciem choreograficznego wyzwania, co nie zmienia faktu, że „zamiania płci” nadaje przedstawieniu głębi.

W upalnej Warszawie i niemniej upalnym Teatrze Powszechnym tancerki rozegrały realny mecz wysiłku zostawiając na scenie zapewne tyle samo potu, co dwie „jedenastki” na piłkarskiej murawie.

Magdalena Foks

INVISI'BALL
„Nadine Animato” Theater Dance Company (Izrael)
scenariusz, reżyseria, choreografia i scenografia: Nadine Bommer
oprawa muzyczna: DJ Vic Phelach
obsada:  Galya Cohen, Maor Shiri-Zuriel, Daniel Royzman, Sapir Safriel, Shir Sofer, Roni Amitai, Sharon Cherniavsky, Sivan Chriqui, Lital Avidor, Mor Mizrachi

23.05.2014

Anoreksja dla każdego

Zacznę od zabawy, jaką zaproponowano nam po obejrzeniu monodramu Pro An(n)a... Widzowie otrzymali pudełka z zapałkami i polecenie, żeby ułożyć wysoką wierzę, nie najwyższą, wysoką… Moderatorka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej dyskretnie podrzucała nam kolejne pudełka. Nikt nie zareagował na sygnały o końcu zabawy, każdy przeciągał budowanie wyższej i wyższej wierzy, choć te rozsypywały się pod naporem kolejnych pudełek. Co to ma wspólnego z anoreksją? To taki sam mechanizm. Chory nie słyszy sygnałów od drugiego człowieka, że wystarczy, że dość, nie czuje, że dalej to niebezpieczne i za wszelką cenę dąży do perfekcji. Próbuje być najlepszy. Perfekcyjny. Każdy powinien zobaczyć ten spektakl. Nie tylko młody człowiek, potencjalna ofiara anoreksji, ale każdy. Zabiera on w podróż niecodzienną i wielce poruszającą. Do głowy anorektyczki. Wydaje nam się, że dziś wiemy o tym problemie bardzo dużo, ale nikt z nas zdrowych ludzi, nie potrafi sobie wyobrazić, czym jest to piekło. Wprost niewyobrażalna nienawiść i pogarda do samego siebie. Jesteśmy świadkami kompletnego odwrócenia myślenia - co dla człowieka bezpieczne, Annie przynosi ból, co dla człowieka groźne, Annie daje ukojenie. Paraliżująca wszystkie inne przejawy myślenia, próba przejęcia kontroli nad swoim ciałem i swoimi odruchami. Świadomość niczym bicz, przypominająca, że dopiero, kiedy będę mogła spojrzeć w lustro, zasłużę na cokolwiek. Przejmujące studium choroby i chorego, który stawia kolejne kroki do samounicestwienia, świadomie i nieodwracalnie, bo o ile nie straci jeszcze kilku kolejnych kilogramów, będzie znaczyć tyle co nic, więc po cóż żyć. My publiczność nie możemy jednak, jak to mamy w zwyczaju, zamknąć się w swojej małej, zdrowej stabilizacji, patrzeć i słuchać. Anna wyciąga do tablicy, wciąga w swoją okrutną grę i prowokuje do myślenia. Oczywiście pochodzi z rozbitego domu, anoreksja często bierze swój początek w problemach rodzinnych, oczywiście jej matka jest zapracowana, jest nawet psychologiem, ale anoreksję można długo utrzymywać w tajemnicy. Anna oczywiście nie ma przyjaciół, kto chciałby rozmawiać tylko o kilogramach i wciąż spisywać kalorie. Anna żyje na swoim blogu, otoczona chorymi umysłami. Jest samotna, zamknięta w swoim uczniowskim pokoju, w wirtualnym świecie, w swojej chorobie. W roli Anny Izabela Gwizdak, elektryzuje, odziera z tajemnicy koszmarną codzienność anorektyczki, nie do wyobrażenia dla zwykłego zjadacza chleba. Sztuka Marzeny Ryłko w reżyserii Małgorzaty Głuchowskiej została zrealizowana w Teatrze Powszechnym w ramach projektu Teatr w klasie.

Zuzanna Talar

PRO AN(N)A
Teatr Powszechny
Projekt “Teatr w klasie”
scenariusz: Marzena Ryłko
reżyseria : Małgorzata Głuchowska
scenografia i kostiumy: Ewa Machnio
obsada: Izabela Gwizdak

23.05.2014

Machina ruszyła

“Światowy Kongres ASSITEJ i XVIII Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK uważam za otwarty” Hanna Gronkiewicz Waltz…
W mieście teatrów 23 maja o godzinie 18 na deskach Teatru Dramatycznego uroczyście rozpoczął się 10 dniowy Światowy Kongres ASSITEJ oraz specjalna edycja korczakowskiego Festiwalu.
Widownia pękała w szwach, widziałam niemal wszystkie kolory skóry i słyszałam języki niemal wszystkich kontynentów. Gości powitała prezes ASSITEJ Polska Halina Machulska, niezwykle wzruszona i uszczęśliwiona ziszczającym się marzeniem organizacji Kongresu tu w Polsce. Wiceprezes Maciej Wojtyszko odsłonił kulisy powstania Kongresu od chwili pierwszej myśli Pani Machulskiej, aż do dnia dzisiejszego, a to trzy lata wysiłków, starań i ciężkiej pracy całego sztabu ludzi. Dyrektor Kongresu i Festiwalu Grażyna Karwowska-Winiarek oraz dyrektor artystyczny Festiwalu Wojciech Faruga wyrazili ogromną wdzięczność za tak wielkie zainteresowanie, szeroki oddźwięk i tak liczne przybycie twórców, artystów i specjalistów poświęcających swoje życie dla tworzenia teatru młodego widza na całym świecie, mając nadzieję na efektywną i owocną współpracę. Wszyscy, którzy ciężko pracowali właśnie na to spotkanie zostali “wywołani do tablicy”, by odebrać na scenie zasłużone brawa. Oczywiście nasza wrodzona skromność pozwoliła tylko kilkorgu z nazwiska przyciśniętym do muru, ukłonić się widowni, reszta chyba bezustannie pracuje...
Na scenie zespół młodych adeptów Szkoły Aktorskiej Machulskich z fantastycznym programem adresowanym do każdego widza, bez względu na język, jakim się porozumiewa. Mini etiudy wyśpiewane w różnych językach, nawet w tym, który nie istnieje, a jednak dla każdego jakoś dziwacznie zrozumiały i każdemu tak samo bliski… Cała scena zasypana kolorowymi sześcianami, nawiązującymi do logo Kongresu i Festiwalu.
Ten wieczór pozwolił mi odkryć nie tylko, że w każdym dorosłym drzemie ukryte dziecko, ale że ludzie uprawiający twórczość dla młodych widzów, już dawno je odkryli i żyją z nim w permanentnej zgodzie. Oszałamiająca, przepiękna fontanna złotego confetti pośród statecznej publiczności, specjalistów, znawców i fachowców, wzbudziła nieopisany aplauz, piski i powszechną, niczym nieskrępowaną uciechę.

Zuzanna Talar

23.05.2014r.
Teatr Dramatyczny
Uroczyste otwarcie Światowego Kongresu ASSITEJ oraz
Specjalnej Edycji XVIII Międzynarodowego Festiwalu
Teatrów dla Dzieci i Młodzieży Korczak 

 

 


Copyright 2014 (C) Korczak. Realizacja: MATEO